Problemy sędziowskie

Po dość długich wahaniach postanowiłem zabrać głos w sprawie zachowania się przy stole podczas gry. Moje zamierzenie wynikają z faktu domniemania, że wśród graczy w lokalnych turniejach  jest dość znaczna ilość osób posiadających uprawnienia  sędziowskie PZBS, które obligowałyby ich do szczególnie wzorowego zachowania, ale chyba tak nie jest. Świadczy o tym chociażby, mała reakcja na mój apel  w komentarzu do „I JAK TU NIE PŁAKAĆ?”, z 11 maja 2017 roku.

Dla przypomnienia cytuję:

„Jak jestem przy „GŁOSIE” to mam prośbę do Szanownych Graczy by:

1.Zachowali umiar (podniesiony ton, krzyk, epitety) przy zwracaniu wszelkich uwag. Naprawdę nie będę się wahał i konsekwentnie wzywał sędziego nie zważając jakie kto ma WK i zasługi dla PZBS.

2.Nie zakrywali tabliczek z numeracją stolików. Powoduje to chaos, nieuprawnione oglądanie rozdań itp.

3.Sprawdzali, gdzie siadają i jakie rozdania mają grać.

Mam nadzieję, że dużo nie wymagam.”

 

Z racji, że w brydża sportowego intensywnie zacząłem grać dopiero  od drugiego półrocza 2008 roku, z prawie trzyletnią absencją chorobową, moja wypowiedź pod względem merytorycznym, może być nieprofesjonalna, dlatego bez żalu przyjmę uwagi  Szanownych Komentatorów, których może nie uważam za wyrocznię ale są dla mnie pewnymi doradcami, czy mentorami, bez podziału na młode, czy starsze pokolenie do którego i ja się zaliczam.

A teraz kilka zdarzeń, które miały miejsce przy brydżowym stoliku z moim biernym bądź czynnym udziałem, przy czym chcę tu podkreślić, że z  racji swego chyba wrodzonego lenistwa, nigdy nie zapoznałem się z przepisami Prawa Brydżowego. Wszelkie zagadnienia z tej materii poznawałem z nasłuchu bądź z własnej obserwacji. Zresztą nie wiem, czy to coś by mi dało, bo czytając np. komentarz Lecha, doszedłem do wniosku, ze jest to dla mnie „abrakadabra” bądź „chińszczyzna”.

Po tym nieco przydługim wstępie, przystępuję do rzeczy.

Na lokalnym  turnieju, chyba na przełomie 2010/2011 roku, byłem wtedy „greenhorn” w meandrach brydża sportowego, ale o dość chyba dużym doświadczeniu robrowym (gram od 12-go roku życia) zauważyłem, że pewna wtedy chyba już seniorska para, od czasu do czasu, podnosiła wolną rękę do swoich narządów zmysłu. Z przykrością muszę przyznać, do głowy mi nie przyszło -moja młodzieńcza głupota – że cztery palce, mogą  oznaczać cztery karciane kolory a kciuk z racji swojego usytuowania może odgrywać rolę BA.  Wiedziałem, że bez odpowiedniego momentu i zespołu zaufanych ludzi (takich w tym czasie nie znałem) nic nie udowodnię, a jeszcze narażę się na kompromitację. Ale przyszedł pewien turniej i  panowie (przez małe „p”), chyba nie wiedzieli, że dobry macher, nie oszukuje nagminnie, przyszły bowiem  trzy rozdania na stole i gramy. Wist przeciwników z konfiguracji : Axx, z blotki. Rozdanie pierwsze przegrałem, pełne „jajo”. Zapytowywuję po rozdaniu (sic!) o szczegóły wistu, pada odpowiedź; bo my tak wistujemy. Dobra, trudno. Aliści przyszło rozdanie trzecie, wist nieprawdopodobny – nie pamiętam  – , znowu „jajo”. Wistujący ponownie miał: Axx, ogólny rozkład rąk, podobny do rozdania pierwszego. Wist inny a jego uzasadnienie również  inne, niezgodne z poprzednim. Wyglądało zatem na to, że wisty były „wspomagane” właśnie przy pomocy zarówno palców jak i narządów zmysłu.

To była „gruba” sprawa, ale są drobniejsze, które z racji częstości występowania są nie mniej denerwujące.

Aktualnie, w zasadzie od niedawna, na lokalnych turniejach nie oglądając się na walory przeciwników, wzywam sędziego na, przede wszystkim:                                                                                              * „szczekaczy” , którzy  rzucają wszem i wobec różnej maści obelgi i to z niemile słyszalnym przez otoczenie wulgaryzmem.                                                                                                                                      „dotykaczy kart”, kiedy są dziadkiem i widząc błędną decyzję rozgrywającego, próbują wymusić na nim wskazanie właściwego zagrania. Ostatnio miałem jako S takie konfliktowe zdarzenie z graczem E (dziadkiem), którego również zaliczyłbym do gatunku „wszystko wiedzących krzykaczy”:

Oto przykład

W czterokartowej końcówce, gdzie atutami są trefle,

 K 8 7 5
 –
♣ –
♠- ♠ 10 9 8
 10 3  –
 –
♣ 5 4 ♣ J
♠ K 7 5
8
♣ –

rozgrywający W utrzymał się na stole i wpadł w dłuższy namysł, a E jako dziadek już prawie wykładał na stół 10, kiedy W, zadysponował  J , – nie znam motywów tego zagrania, czy miał to być jakiś „pseudoprzymus”, czy niedoliczenie zgranych trefli –  dołożyłem 5  i wybuchła „awanturka”. E  wręcz „nakazał” zagranie 10 . Zaprotestowałem, ale nie u sędziego i po nieciekawej do mnie wypowiedzi gracza E, partner N o dużym doświadczeniu przywołał sędziego, który nakazał zagranie ze  stołu zadysponowanego wcześniej J  przytaczając odpowiednie §§. prawa brydżowego. Jaką nazwijmy to grzecznie dezaprobatę wyraził E, nie wspomnę.

W tym miejscu, chciałbym powiedzieć, że ja również miałem manierę, dotykania kart w momencie kiedy, ukazywała się karta u rozgrywającego „ops” z mojej prawej strony, jeszcze nie dołożył, a ja już bez polecenia kładłem, dla mnie „oczywistą” kartę. Nazwałbym to mianem dotykacza biernego.  „Ops” zwrócił mi uwagę, przyjąłem do wiadomości i praktycznie od tej pory staram się trzymać ręce pod stołem, lub daleko od kart, kiedy jestem „dziadkiem”.

Wszystko byłoby ok. tzw. „elegancja-francja” , lecz po kilku tygodniach, zauważyłem że w/w „Ops” ma dziwną raczej sporadyczną manierę. Otóż, kiedy jest rozgrywającym, mając jakiś problem, chyba bezwiednie zwija zgrane swe karty i uderza nimi rytmicznie w stół (!?). Swego rodzaju Afryka z tam-tamami . Ma to jednak jedynie dla mnie dobrą stronę, bo, ……. przypomina mi rodzonego Dziadka, nauczyciela matematyki, w podstawowej szkole dla głuchoniemych. W czym rzecz wyjaśniam.

Przez jakiś czas nie mógł pojąć, dlaczego „klasówki vel kartkówki”, wszyscy jego uczniowie rozwiązywali na ocenę bardzo dobrą (piatka [5] – była taka skala). Przy tablicy to samo zadanie, u niektórych …..niedostatecznie (pała, dwója [2]) . Izba lekcyjna duża, uczniów maximum do 15-stu, problemów z rozsadzeniem nie ma, by mieć wszystko pod kontrolą , a tu znowu wszyscy poprawnie  rozwiązują zadania. Rozwiązanie zagadki, było bardzo proste. Podłogi w szkole wykonane były z długich desek. U osób z jakiś powodów pozbawionych niektórych narządów zmysłu, dość znacząco wyostrzają się, pozostałe, które są w ich dyspozycji. Nauczyli się korzystać z alfabetu Morse’a, by poprzez wyczuwalne drgania podłogi, przekazywać sobie informacje. Wpadli jak to zwykle przez pazerność i brak porozumienia. Gdyby przed sprawdzianami statystycznie ustalali, jakie kto w danym dniu dostaje oceny (skala: 2 do 5), może proceder trwałby dłużej. Kończąc ten wywód, informuję, ze do tej pory nie zwróciłem uwagi „opsowi” na stukot przy stoliku. Nie wiem, jakby to zostało przyjęte. Dla mnie nie ma problemu. Po co mi jakiś nowy wróg. Ale ad rem.

„macaczy” lub „manualnych myślicieli”. Nomen omen w/w rozdaniu partnerem „dotykacza kart”, był taki delikwent. Podejrzewam, że wszyscy wiedzą o co „biega”, ale opiszę. Zawodnik kilkakrotnie przed ostatecznym podjęciem decyzji, maca, tyka, muska, rusza, bidding box czasami wyjmując, ale nie do końca karteczkę odzywkową. W dodatku coś mruczy, chyba w zasadzie do siebie. Nie wiem, dokładnie jak należy zachować się w grze w szachy, ale przed ostatecznym wykonaniem swego ruchu, należy chyba powiedzieć sakramentalne słowo: „poprawiam”.

Samokrytycznie muszę stwierdzić, że ja sam lub mój partner, byliśmy „udziałowcem faulu brydżowego”.  Pomimo, że jestem świadom sentencji wypływających z porzekadła czy przysłowia: „na złodzieju czapka gore” , czy „najciemniej jest pod latarnią”, nie było to moją czy partnera świadomą intencją.   W każdym razie długi namysł mojego partnera na otwarcie, na Trwałej (sędzia Wojtek Lubas)- wg mnie trudna w interpretacji klasyka naruszenia przepisów gry, które zdecydowanie mogą ułatwić podjęcie ostatecznej decyzji, lub utrudnić przeciwnikowi kontrakcję. Przychodzi mi tutaj na myśl, tenis i pojęcie:” czas rozpoczęcia serwisu, od momentu zakończenia akcji”. Bywa, z tym różnie, pomimo, że określone są limity, na miejscu jest sędzia, publika i niejednokrotnie telewizja. Ale wracając do tematu, po tym przydługim namyśle, chyba coś zalicytowałem. Przeciwnik po zapytaniu mnie, czy potwierdzam fakt długiego namysłu, przywołał sędziego. Powiedziałem , że nie jestem w stanie tego namysłu ustalić, dodatkowo byłem w pewnym stresie dlatego, że mój raczej profesjonalny partner wdał się w utarczkę słowną z wzywającym, który był dla mnie brydżystą nazwę to krótko rangi ogólnopolskiej z tytułem Arcymistrza.

Oczywiście przywołany sędzia wydał werdykt, jaki on był, nie pamiętam (stres), ale na pewno słuszny. Poza tym nie zamierzam komentować decyzji sędziów brydżowych. Jak podkreśliłem wcześniej, po prostu nie mam opanowanej znajomości przepisów Prawa brydżowego, a nawet jak bym się „naumiał” to z interpretacją u mnie może być „cosik nie tak”.  Jednak postawę tegoż Opsa, przedstawię tytułując ją jak poniżej.

„moralność Kalego” – gram w turnieju przeciw Niemu, blisko półtora roku później, (wtorkowe, sędzia sympatyczny Arek Poziemski). Mój partner – ale nie Janusz Piernikowski –  gracz o podobnych predyspozycjach w brydżu jak moje, lecz może bardziej nerwowy w poniższej sytuacji, zwrócił uwagę partnerowi  naszego bohatera, że ten ostentacyjnie wyjmuje karteczki odzywkowe z bidding boxu. Najchętniej bym zademonstrował, ale postaram się opisać. Ręka zawodnika wybierała karteczkę na której zaznaczone były karciane kolory i NT (pasów, re i kontr to nie dotyczyło), wędrowała gdzieś do wysokości czoła, by w „tanecznym”, ekwilibrystycznym „przytupem” znaleźć się na stole.

Oczywiście Ops, obruszył się, że ten fakt został negatywnie oceniony przez mojego partnera. Na pewno była jakaś utarczka i niepotrzebna wymiana zdań. Całe szczęście bez inwektyw , ale atmosfera zrobiła się niemiła. Dla mnie zawsze nie zniesienia. Nie dość, że „gram jak gram”, to jeszcze pewien dyskomfort, raczej nie ułatwiający logicznego myślenia w samej grze.

“moje osobiste faule z interwencją sędziego”, wynikały przede wszystkim z pewnego rozkojarzenia, chwilowego braku koncentracji, które wynikały bezpośrednio z mojej percepcji. Dwa przykłady:

-rozdanie pierwsze gram w parze z Januszem Piernikowskim, przeciwko parze Lech Warężak (LO) – Jasiu Drozdowski (RO) –dealer!!!, na początku, jakaś grzecznościowa wymiana uwag. Jasiu może jak zwykle opowiedział anegdotę i zaczynamy. Ja jako pseudodealer !!!  otwieram 3 karo, Lechu, grzecznie, z humorem i pewnym przekąsem zwraca się do Jasia; „czyżby Cię pominięto w tym rozdaniu? „

Osłupiałem  bo zanim padła odpowiedź, widzę swoją gafę. Zapytany coś grzecznie odpowiedział no i był moment konsternacji. Orientuję się, że (LO) plus (RO), chcą wybitnie polubownie załatwić ten ambaras, sam bez czekania na ich decyzję przywołuję sędziego wspomnianego wyżej Arka Poziemskiego. Decyzja: (RO) rozpoczyna licytację, a potem zapadnie wyrok. Przebieg: (RO)> 1 tref, Ja> 3 karo, i dalej normalnie bez konsekwencji.

Drugie rozdanie, konkretnie 23, grane na: OTP “CZWARTKOWY”  31.08.2017r., przeciwko miłym młodym zawodnikom:  Oskar Tokarczuk – Adam Jasiak. Nie znam ich osobiście, więc nie podam imiennie, który miał zawistować, ale na pewno był to W.

♠ K D 4 2
♥ K 8 4
K D 8 7 6
♣ J
♠ A J 8 3 ♠ 9 6 5
♥ D 10 7 5 3  A 2
 3 2  9 5 4
♣ 9 3 ♣ K 7 6 5 4
♠ 10 7
 J 9 6
♦ A J 10
♣ A D 10 8 2

Poniżej, obłędna licytacja wynikająca z tytułu totalnego gapiostwa i całkowitego braku koncentracji, popartego zamieszaniem oraz harmiderem na sąsiednim stoliku. Była to prawdopodobnie, nawet jestem pewien sytuacja, która w komentarzu opisuje Michał Wittenbeck , moim zdaniem bardzo dobry zawodnik przestrzegający literę Prawa brydżowego. Byłem świadkiem, kiedy poprosił mego partnera ( inny współuczestnik gry, miejsce to samo) o możliwość, po skończonym rozdaniu i włożeniu kart do kasety, obejrzenia Jego ręki.  Na zdecydowany sprzeciw, zachował się wzorowo. Ja byłem raczej skonfundowany zachowaniem kolegi z naprzeciwka.

Wracając do rozdania.

Jako S otwieram 1 Trefl, po tej deklaracji rozpoczął się harmider przy sąsiednim stoliku,. Odwróciłem nawet głowę. Partner na to jako N, zalicytował naturalne 2 Karo. Zapomniawszy, że przed chwilą otworzyłem, uznałem, że partner otworzył 2 Karo, a gramy Wilkoszem. W tej sytuacji, zadałem „oczywiste” pytanie 2NT. Partner 3 NT z bilansu a poza tym nie bardzo wiedział co się dzieje. Przekonany, że partner jest na kolorach starych zalicytowałem to co wolałem grać, czyli 4 Kier.

Całe szczęście, ze moim partnerem, był bardzo wyrozumiały, a zarazem dobry gracz Zdzichu Malkiewicz. Rozeszło się na tej niwie „po kościach”, ale została jeszcze sprawa jakiejś satysfakcji, rekompensaty dla przeciwników, tym bardziej, że ex cathedra, zapodałem przed wistem, że coś jest nie tak. W stwierdził, że w związku z tym faktem, ma kłopot, z ustaleniem  wistu. Nikt tego lepiej nie rozstrzygnie jak arbiter. Wezwany sędzia podjął decyzję: na razie grać, ustalenia zapadną po zakończeniu. W sumie, to były nawet pewne pozytywy: Partner na poziomie, perfect zachowanie, młodzi ludzie dla mnie raczej życzliwi oraz jeszcze jedno doświadczenie.

Na tym kończę ten elaborat. Jeśli coś nie tak, to z pokorą i zrozumieniem, przeczytam czy wysłucham. Muszę przyznać, że nie jestem maestro klawiatury i kompa, dlatego wolę mowę niż pisanie. Z  czytaniem raczej nie mam kłopotu. Może być gorzej ze zrozumieniem, ale nie boję się zapytać o precyzyjne wyjaśnienie mych wątpliwości.

Sławomir Zagórski

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *