Gdy ma się lat 32, dla człowieka niewyobrażalnym jest, jak można przeżyć prawie trzykrotnie tyle. Jemu – Januszowi Piernikowskiemu, drobnemu mężczyźnie z niemal przyklejonym do twarzy dobrotliwym uśmiechem, się to udało. Jeszcze przed pandemią, gdy grał w parze z L. Kosteckim, stanowili postrach dla większości bywalców Kuźnik. Chwile przed tym nieszczęsnym marcem 2020 zniknął z oczu brydżowej gawiedzi. Ktoś tam mówił, że upadł i to tak niefortunnie, że ledwo wstał; ktoś wspominał o kontuzji…

Fake newsy, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, mnożyły się jak grzybki po deszczu. Przez chwile. Potem każdy zajął się swoim życiem i swoją grą. Aż do dzisiejszego dnia, gdy na stronie DZBS-u ukazała się wiadomość, że i On rozgrywa już turnieje “tam na Górze”, gdzie żadna z par nie cynkuje, gdzie nie ma awantur, wszyscy są dla siebie mili, a sędzia przychodzi tylko po to, żeby przenieść karty.

Z Panem Piernikowskim nigdy nie miałam okazji zagrać w parze, nigdy też z tym do Niego nie podeszłam. Na Kuźnikach, jak już wspomniałam, stanowili z L. Kosteckim bardzo mocny duet, jednak Kuźniki wydawały się być jedynym obszarem Pana Janusza. Nie pamiętam Go z czwartków czy też wtorków (do wrocławskiego brydża dołączyłam w momencie, gdy środy na legendarnym Dworcu Świebodzkim stopniowo odchodziły w niebyt, więc tu nie mogę się wypowiedzieć), nie kojarzę również, żeby wyjeżdżał na Okręgowe Turnieje Par.

Jaki był przy stole? Ano cichy, spokojny, uśmiechnięty. Nigdy Mu się nic nie “urwało”, nawet jeżeli mieli z partnerem różnice zdań, wyjaśniali je sobie po cichu, i, uwaga – poza salą, żeby nie referować rozdań. Można? Można. Trzymałam kciuki za Jego nieśmiałą próbę powrotu w świat czynnych brydżystów, gdy kilka razy po nieobecności spowodowanej chorobą pojawił się na Kuźnikach. Myślałam, że zagra – jednak On chciał tylko przywitać się z kolegami i pokibicować. A Góra miała dla Niego inne plany.
Cóż jeszcze można dodać?
Nic. Po prostu z pochyloną głową zmówić “Wieczny Odpoczynek…”
Do zobaczenia po drugiej stronie, Panie Januszu.

Anka Jankowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.