Basia Radomska – przyjaźń pomimo wszystko…

Wiem, że jestem nieomal dyżurną w pisaniu wspomnień o brydżystach, którzy przenoszą sie do wieczności, jednak to wspomnienie bedzie dla mnie szczególne. Szczególne, ponieważ odszedł ktośszczególnie dla mnie bliski.

Jeszcze kilka lat wstecz nie cierpiałam Jej. Denerwowała mnie Jej służbowość, nauczycielskie podejście do wszystkiego , to, że przy Niej nie mówiło sie “dopłać” tylko “dołóż”, że kładło sie ostatniego pasa… Jako, że ja sama świeta nie jestem, szybszy jezyk niż głowa, to potrafiłam Jej dość niemiło odparować nie raz I nie dwa. Mijały lata, a wzajemna niechec I sceptycyzm powoli przeradzały sie w sympatie. Aż któraś, nie pamietam już która, w 2018 roku zaproponowała zagranie Mistrzostw Polski Kobiet. No dobra – może być ciekawie – pomyślała ta druga. Dwa turnieje na krzyż zagrałyśmy, pogadałyśmy coś tam o systemie I ruszyłyśmy do Warszawy. Od początku było widać, jak bardzo odstajemy od czołówki. Ostatnie miejsce nie zraziło nas jednak, na tyle na ile pozwalał czas (w tamtym okresie podjełam prace w zawodzie wyuczonym I grafik uniemożliwiał mi tak czeste uczestnictwo w turniejach) kontynuowałyśmy współprace. Grało sie różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale padło hasło, że warto by do nastepnych zawodów kobiecych lepiej sie wyszkolić.

Cyklicznie zaczełyśmy sie spotykać w Jej małym, przytulnym mieszkanku na Prusa. Omawiałyśmy sekwencje, robiłyśmy testy na zgodność systemową, a wszystko przy “czymś niezdrowym”. Wiadomo zatem, że stopniowo ta nauka przeradzała sie w ploteczki, a co za tym idzie, stawałyśmy sie sobie bliskie. Mimo dzielącej nas różnicy wieku – Basia miała lat 70, ja zaś 30- stawałyśmy sie przyjaciółkami. Czasem też Barbara odwiedzała mnie, w tym samym celu. Co ciekawe, nawet moja kotka, raczej stroniąca od ludzi, łaskawie pare razy podeszła do mojej przyjaciółki połasić sie I pomruczeć.

Lato 2019 to zintensyfikowany czas wspólnych wyjazdów. Najpiekniejszy z nich to Sława – ja spedzałam ją w bazie wypadowej Kolejarza II, niesamowitych graczy I wspaniałych chłopaków. Basia ulokowała sie gdzieś w samym centrum. Miałyśmy grać razem Grand Prix Polski, natomiast co do turnieju mieszanego – ja z jednym z Kolejarzy, a Barbarze kogoś na szybko znalazłam. Od samego początku GP szło nam świetnie, trafiałyśmy wszystkie decyzje, a I opozycja była dla nas łaskawa. Oba stoliki na moich “współlokatorów” również wygrałyśmy w cuglach. Sprawdzam wyniki po II sesji… I co? I szóste. Tak, dwie dziewczyny z Wrocławia, zawodniczki tak naprawde mocno przecietne, na szóstym miejscu! Nic to, gramy dalej. Trzecia sesja to również festiwal niemieszczących sie w worze prezentów I naszej dobrej gry. Na obiad schodzimy jako …. wiceliderki. Nie dowierzamy, Wrocław okrzykuje nas rewelacją turnieju, Kolejarze sie cieszą, mimo iż sami okupują środek tabeli, albo nawet I niżej. Życzą powodzenia I dobrej dalszej walki, udzielają rad… Proponują “małą premie” za dowiezienie wyniku. Dowieźć sie nie udało, ale stanełyśmy na początku drugiej dziesiątki. I tak najwyżej z Wrocławia! Nawet Piotr Kulesza, który, skądinąd, serdecznie nam pogratulował, uplasował sie dwie lokaty niżej. Barbare szczeście upoiło do tego stopnia, że ze Sławy próbowała wracać zupełnie inną trasą, niż powinna, ocknełyśmy sie gdzieś w szczerym polu, na co moja przyjaciółka “kurcze, ja tej drogi nie znam…”, w związku z czym do Wrocławia, zamiast godziny z hakiem, wracałyśmy ponad trzy godziny.

Poza Sławą, byłyśmy jeszcze w Zgorzelcu, a niezłe dla nas lato zwieńczyłyśmy Grand Prixem w mojej rodzinnej miejscowości, Bolesławcu. Chociaż był to zdecydowanie nasz najsłabszy wyjazd, wspominam go również cudownie. Basia miała okazje poznać zarówno ludzi, z którymi spedziłam najwcześniejsze lata mojego “brydżowania”, jak I moją rodzine. Pozostawiła po sobie w obu przypadkach miłe wrażenie. Zawody kobiece, rozgrywane w październiku, poszły nam nieźle. Nie tak dramatycznie, jak zeszłego roku, wiedziałyśmy dużo wiecej, wiecej rozkładów rozwiązałyśmy dobrze. Obiecałyśmy sobie, że za rok powtórka, a może I lepiej…

Niestety, niezbadane są losów koleje… COVID zamknął nas w domach na ponad rok. Mimo to, dalej pozostawałyśmy sobie bliskie, dzwoniłyśmy do siebie I o sobie pamietałyśmy. Z radością przyjełyśmy fakt, że znowu możemy grać na żywo. Niestety, ruszyły (wówczas) tylko wtorki, a na wtorki mam stałą pare. Jednakże, gdy tylko spotkałyśmy sie na turnieju wtorkowym, miał miejsce “wesoły stolik”, żartowałyśmy, chichotałyśmy, jak wtedy, przed pandemią… Ruszają Kuźniki… Niestety, mnie uziemia plan zajeć. Koledzy donoszą, że Basia, moja Basia, pełna nieomal młodzieżowej werwy kobieta, wygląda jak cień człowieka…
Na lidze łapie Lile, wtedy jeszcze – Panią Lilianne – I wypytuje. I dowiaduje sie, że szpital… Dalej wszystko toczy sie błyskawicznie. Dzwonie, dowiaduje sie co jest… No to, niewiele myśląc, któregoś dnia po prostu tam jade. Szara twarz, chuda sylwetka, brak siły… Tylko oczy te same, ciepłe I dobre. Kiedy przytulam Ją na pożegnanie, ciągle mam nadzieje, że to chwilowe. Że nastepne zawody kobiece zagramy już razem… Nadzieja topnieje z każdym dniem. Te nasze codzienne rozmowy telefoniczne są coraz krótsze. Basia coraz mniej rozumie, myli fakty, pyta trzydzieści razy o to samo… Aż któregoś dnia telefon, zamiast Niej, odbiera siostra. Widać potrzebuje już sie wygadać, bo mimo różnicy wieku I tego, że jestem obcą osobą, płacze mi do słuchawki I wszystko mówi. Mimo, iż te wieści są już coraz bardziej hiobowe, wciąż mam nadzieje, tak jak I reszta Jej przyjaciół, że to minie… Że po każdej burzy wstaje słońce.

Niestety, dla Niej “jutra” I słońca już nie bedzie. Dziś (29.10) po południu otrzymałam wiadomość, że Jej wielkie serce przestało bić na zawsze….
Dziekuje, Basiu, za trzy piekne lata przyjaźni…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *